Daniel Pharr swój pierwszy skok na spadochronie zapamięta z pewnością do końca życia. Miłośnik sportów ekstremalnych unosił się tysiące metrów nad powierzchnią Południowej Karoliny, kiedy trzymający się jego pleców i wydający polecenia instruktor, nagle przestał się do niego odzywać.

Jak się później okazało, pechowy nauczyciel... zmarł w trakcie spadania. Podczas lotu, gadatliwy zawodowy żołnierz amerykańskiej armii, biorący prywatne lekcje – wiedział jedynie tyle, iż instruktor przestał reagować na jego pytania.
Szeregowiec wyznał później, iż w tej krytycznej sytuacji przydało mu się wojskowe przeszkolenie. Wyciszył się, uspokoił i spróbował spokojnie wylądować.
"Uczą nas jak radzić sobie podczas wszelkich przeciwności losu – gdziekolwiek się zdarzają. Bez znaczenia jest to, czy dzieją się one na polu bitwy, w domu… czy w powietrzu. Po prostu robisz to, co masz zrobić – oceniasz sytuację i starasz się zachować zimną krew, ponieważ panika jest najgorszą rzeczą, jaka może Ci się przytrafić.”
Pierwszą rzeczą, której spróbował szeregowy Parr po szczęśliwym (oczywiście tylko dla siebie) lądowaniu, była próba wyspowiadania a następnie (zaraz po przeszukaniu kieszeni) udzielenia pierwszej pomocy instruktorowi. Niestety, okazało się, iż jest już zbyt późno – było około wpół do piątej - trener zmarł z powodu ataku serca.
„Zaraz po skoku wszystko wydawało się zupełnie w porządku” – przyznaje się amerykański żołnierz. „Ja zadawałem pytania, instruktor odpowiadał i udzielał mi szczegółowych rad i wyczerpujących odpowiedzi."
Okazało się, iż zbyt wyczerpujących.
"Kiedy jedno z pytań pozostało bez odpowiedzi, pomyślałem, że Steele po prostu go nie usłyszał i zadałem je ponownie. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że coś jest nie tak, jak powinno być. Na szczęście spadachron nadal reagował na polecenia - i w przeciwieństwie do trenera naprawdę się otworzył. Zachowałem więc spokój i wylądowałem."
Dodajmy jeszcze tylko, iż sponsorem prywatnych lekcji skakania na spadochronie była narzeczona żołnierza, która wcześniej przezornie ubezpieczyła go od nieszczęśliwych wypadków powietrznych na dość wysoką kwotę - ale jak się okazało powinna ubezpieczyć raczej instruktora.
"Chociaż mi się tym razem udało, to jestem przekonany, że to nie jest jednak sport dla mnie i nie mam więcej ochoty na tego typu atrakcje." - mówi Parr, choć przyznaje, iż narzeczona z okazji szczęśliwego ocalenia sprawiła mu walentynkowy prezent w postaci uczestnictwa w "walce balonów" organizowanej przez miejscowy klub samobójców.
PS
Więcej ciekawostek i przeróżnych głupot znajdziesz tutaj.
Za: WP.pl
| Załącznik | Wielkość |
|---|---|
| mlody-einstein.png | 14.22 KB |

buhahahaha
ale przegiąłeś kolo z tą spowiedzią trochę
poczytam więcej jak się tylko skończę zwijać ze śmiechu
pozytywna stronka - wrócę tu jeszcze
pozdro!